Bachus-Aminta-Moliwda znał oczywiście jedynie Wisłę oraz „Dniepr porożysty", kto wie jednak, czy — gdyby stało mu zdrowia i czasu — nie powędrowałby jeszcze nad Ren, do Memfisu i za „kark" Kaukazu? Jakże daleko jednak zawiódł mnie przypisek stanisławowskiego poety! No — i moja niepoprawna ciekawość... Gdybyśmy wzięli do ręki któryś z rzadkich a szczęśliwie ocalałych egzemplarzy pierwszego tomu Poezyj Wacława Liedera, to uwagę naszą na pewno zwróciłby do siebie oryginalny rysunek, którego reprodukcję umieszczono tam bezpośrednio przed kartą tytułową. Przedstawia on typową polską łąkę w porze wiosennej: na dalszym planie dwa bociany, a na bliższym spc-ry krzak — ni to leszczynę, ni to dziką jagodę — p;>: którym (tu już się kończy typowość) siedzi w swoim charakterystycznym stroju... Kolombina, zapatrzeni w trzymaną oburącz... czaszkę. Otóż rysunek ów, prowokujący do refleksji swoich dziwnością (żeby nie powiedzieć: dziwacznością), stanowi równocześnie dobrą ilustrację twórczości poetyckie.