Słowackiego, którego uważał za swego mistrza, a prócz niego Kornela Ujejskiego, Felicjana Faleńskie-go, Adama Asnyka i Wiktora Gomulickiego... Ba! — nawet młodego Artura Oppmana. Ten swoisty mimetyzm świadczył oczywiście i o dużej niepewności młodego twórcy, i o jego zagubieniu się wśród wielu równocześnie działających wpływów, ale sygnalizował również jego ogromne możliwości w zakresie techniki poetyckiej, dowolnie naginanej do rozmaitych stylów i manier stylistycznych. Łatwo też chyba można się domyślić, co stało się z poezją Liedera po jego wyjeździe do Francji, gdzie po raz pierwszy zakosztował prawdziwych studiów językoznawczych i gdzie — podobny pod tym względem do naszej dzisiejszej młodzieży literackiej — począł równocześnie i na przemian rozczytywać się w twórczości wybitnych poetów francuskich należących do paru kolejnych pokoleń i do odmiennych szkół poetyckich. Poezje Gautiera, Baudelaire'a i... Sully Prudhomme'a, a także poezje Verlaine'a, Laforgue'a i... Maeterlincka działały więc na niego dosłownie w tym samym czasie.